Poniższy tekst powstał pierwotnie jako praca zaliczeniowa podczas mojego szkolenia w psychoterapii Gestalt. Zadanie polegało na opisaniu własnego, domkniętego doświadczenia poprzez poszczególne etapy cyklu doświadczenia wg Josepha Zinkera

W Gestalcie cykl doświadczenia jest sposobem opisywania procesu, w którym coś zaczyna pojawiać się w naszej świadomości, nabiera znaczenia, mobilizuje nas do działania, a następnie może zostać przeżyte, przyswojone i domknięte. Gdy zastanawiałem się, jakie doświadczenie ze swojego życia opisać, wybór był dla mnie dość oczywisty.

Cykl doświadczenia 

Urodziłem się w bardzo gorliwej rodzinie Świadków Jehowy. Od najmłodszych lat wpajano mi, że prawda istnieje tylko tutaj, że świat zewnętrzny jest wrogi i podlega Szatanowi. Całe moje życie było podporządkowane zasadom Organizacji – od codziennych praktyk religijnych, przez sposób myślenia, aż po relacje z ludźmi.

Jednak gdzieś głęboko we mnie z czasem zaczęły kiełkować wątpliwości.

1. Sensacja – pierwsze przebłyski zwątpienia

Nie wiem kiedy po raz pierwszy. Odkąd pamiętam miałem w sobie takie coś, co kazało mi kwestionować status quo i mieć własne zdanie. Nie to, że odrzucałem doktrynę, po prostu gdzieś w myślach potrafiłem sobie wyobrazić, że może to nie wszystko jest tak jak mi mówią. Czułem to bardziej instynktownie. 

Pamiętam, że budziło to we mnie ogromny lęk i poczucie winy. W końcu nauczono mnie, że zwątpienie jest niebezpieczne, że to pierwszy krok do odrzucenia Boga i skazania się na wieczne potępienie.

W mojej głowie ciągle brzmiały słowa rodziców i starszych ze zboru: „Tylko Organizacja ma prawdę. Poza nią czeka cię pustka, chaos i zniszczenie”. Dlatego przez dłuższy czas nic z tym nie robiłem. Zresztą w latach 90-tych nie wiele można było zrobić. Internet nie istniał, a książki konkretnie o Świadkach Jehowy nie były dostępne.

Niemniej nie umknęło mojej uwadze, iż Świadkom nie po drodze ze współczesną nauką. 
Do tego sam sobie myślałem np. Czy jak zmartwychwstanie moja babcia to skąd tak naprawdę będę wiedział że to ona? albo Dlaczego w Armagedonie Bóg zgładzi zwierzęta (zauważyłem to na pewnym obrazku w książce Objawienie) 


2. Świadomość – podjęcie pierwszego kroku

W wieku 16 lat zacząłem aktywnie szukać odpowiedzi. To był moment przełomowy – pierwszy świadomy krok w stronę samodzielnego myślenia.

Wypożyczałem z biblioteki książki najbardziej znanych ateistów: Nietzsche, Sartre, Camus, Darwin. Zaczytywałem się historią religii, biologią, filozofią. Choć niewiele z tego jeszcze rozumiałem. Ekscytowała mnie obrazoburczość np. Zaratustry czy Antychrysta Nietzschego. 

Emocje? Głównie ciekawość, ale nadal podszyta lękiem. Każda kolejna przeczytana strona była małym policzkiem wymierzonym w doktrynę, ale jednocześnie wpychała mnie w strach i chaos.
Pamiętam, że chciałem być wtedy po prostu "mądry", a zdałem sobie sprawę, że czytanie samych "Strażnic" nie przybliży mnie do tego celu. 

Nadal byłem częścią społeczności Świadków – chodziłem po domach, głosiłem „dobrą nowinę”, ale w środku czułem się coraz bardziej rozdarty.

Pojawiał się gniew. Nie rozumiałem jeszcze dokładnie, na co jestem zły – na siebie? Na religię? Na rodziców, którzy uczyli mnie czegoś, co zaczynało się sypać? Coraz bardziej wkurzało mnie też, że czegoś nie mogę. Grać w piłkę. Nie iść na zebranie. Iść na imprezę. A ja kochałem wolność. 

Strach jednak nie odpuszczał. Co, jeśli to tylko moja pycha, co, jeśli błądzę? A może to rzeczywiście Szatan próbuje mnie odciągnąć?

3. Mobilizacja – coraz większe kroki w stronę wolności

Ciekawość wygrała ze strachem. Pojawiło się zjawisko nazwane internetem i praktycznie od razu zacząłem tam szukać jakiejkolwiek krytyki Organizacji. Tam trafiłem na byłych Świadków Jehowy, tzw. „odstępców”. Po raz pierwszy zobaczyłem, że nie jestem sam, że są ludzie, którzy przeżywają podobne rozterki.

Był alkohol. Najwięcej piłem jeszcze jako aktywny Świadek. To był dla mnie odpoczynek i umożliwiał łatwe wejście w nowe towarzystwo. Moje życie w chaosie, rozdarte pomiędzy różnymi środowiskami. Potrafiłem iść na koncert blackmetalowy, a następnego dnia na zebranie. Upić się z kumplami z technikum, a później iść na  głoszenie.

Nie byłem wtedy szczęśliwy. Ciągle rozdarty. W niekończącej się depresji i napięciu. Żadne środowisko nie było moje. W szkole bywałem nieakceptowany i wyśmiewany. U Świadków miałem akceptację, ale czułem też miałkość intelektualną, wbudowaną służalczość i przede wszystkim brak jakiejkolwiek wolności.

Czas intensywnego poszukiwania. Czytałem jeszcze więcej, zadawałem pytania, próbowałem zrozumieć; skąd się wzięła ta cała Organizacja.
Jak oceniam z perspektywy czasu to najważniejsza  jest skromność i świadomość własnych ograniczeń. Bez tego nie wyjdzie się z ruchu o charakterze psychomanipulacyjnym. Oni zaszczepiają w człowieku poczucie bycia kimś lepszym i elitarnym. Trzeba mieć w głowie taki pstryczek, który dopuści na poważnie konstatację, iż mogę być po prostu głupi.

Powoli pojawia się złość. Na religię, na jej mechanizmy, na kontrolę, którą sprawuje nad umysłami ludzi. Podszyta strachem i niepewnością. Wątpiłem już w boskość Organizacji, ale nadal wierzyłem w Boga i Biblię.

Postanowiłem pójść na studia filozoficzne – czułem, że jeśli mam poukładać to wszystko w głowie, potrzebuję solidnych fundamentów.


4. Działanie – świadome odejście

Na studiach już nie przyznałem się do bycia Świadkiem. Pierwszy rok przyniósł przełom. Na poziomie intelektualnym zamknąłem sprawę – przestałem wierzyć zarówno Świadkom Jehowy, jak i Biblii.

Nie było już powrotu.

Ale emocjonalnie? To był istny huragan.

Czułem ogromny gniew – na siebie za stracone lata, na rodziców, którzy – choć w dobrej wierze – wychowali mnie w świecie pełnym ograniczeń i strachu. Przede wszystkim na Organizację, która tak skutecznie manipulowała ludźmi. Byłem wtedy tak wściekły, że pojawiały się we mnie fantazje o spaleniu centrum Świadków w Brooklynie. 

Gniew mieszał się z lękiem. Lata tresury zrobiły swoje – nauczyłem się bać wszystkiego: Armagedonu, demonów, Szatana, pokus, świata, a przede wszystkim… siebie samego.

Wyjście z sekty oznaczało konfrontację z rzeczywistością, której nigdy nie miałem okazji doświadczyć. Czułem się społecznie zagubiony, jak dziecko wrzucone na głęboką wodę. W pewnym sensie rodziłem się na nowo. Postrzegałem rzeczywistość wokół mnie zupełnie inaczej niż wcześniej. Nie byłem już nieśmiertelny, nie miałem ściśle wyznaczonego celu, musiałem od nowa wszystko sobie ułożyć.

Zapadałem w okresy smutku i depresji, aby za chwilę znów myśleć, że jestem wybrańcem losu. Podobało mi się być przedstawicielem kontrkultury, buntowałem się już całkowicie wobec zastanego porządku. Zjebanej atmosfery lat 2000 w Polsce. Beznadziei, która unosiła się w powietrzu. 

Zaangażowałem się naukę, dostałem stypendium, po raz pierwszy mi zależało i miałem dobre oceny. Wyjeżdżałem pracować do UK, gdzie moje horyzonty bardzo się poszerzyły. 

Ze Świadków została mi na pewno niechęć do Kościoła. Odstawiałem powoli alkohol i odkrywałem inne używki. Szczególnie zioło.

5. Asymilacja – budowanie nowego życia

Przyzwyczaiłem się żyć poza Organizacją. Studiowałem, podróżowałem, poznawałem nowych ludzi. Starałem się odrobić stracony czas, chociaż nie wszystko szło gładko.

Wciąż odczuwałem gniew i frustrację. Przekuwałem to na działanie – chciałem wyciągnąć od Świadków jak najwięcej ludzi.

Tworzyłem strony internetowe, działałem na forach i w stowarzyszeniach, chcąc dać innym to, czego sam tak bardzo potrzebowałem, gdy zaczynałem swoją drogę do wolności.

Pomagają rozmowy, przyjaźnie, spotkania z innymi byłymi Świadkami, którzy przeżyli to samo. Prawdziwe ludzkie wymiany, a nie iluzje czy autopromocja.

Powoli przestawałem traktować Świadków Jehowy wyjątkowo, bo to tylko jeden z wielu przykładów toksycznych organizacji. Inne amerykańskie ruchy religijne, ideologie, sekta Moona itd. – wszystkie wykorzystują podobne mechanizmy psychomanipulacji.

Jako „światus” odnajdywałem się coraz lepiej. Zacząłem odczuwać spokój i zadowolenie. Wyrobiłem sobie nowe zainteresowania, zacząłem aktywnie cieszyć się muzyką, towarzystwem, imprezami i innymi zwykłymi rzeczami, których kiedyś nie doceniałem.

Miałem swój styl, swoje zapatrywania.

Ludzie „ze świata” przestali dla mnie być czymś innym. Byli po prostu ludźmi.

Założyłem rodzinę, trochę się uspokoiłem. Zacząłem walczyć z uzależnieniami: ziołem, słodyczami, e-papierosami.

6. Wycofanie – zamknięcie rozdziału

Świadkowie Jehowy to dla mnie przeszłość. Czasem ktoś mi o nich przypomni – głównie rodzice – ale nauczyłem się unikać z nimi tych rozmów.

Kiedyś ciągle kłóciłem się z ojcem o Boga – teraz nie chcę. Wolę z nim powspominać. Zapytać o dawne czasy.

Nawet zwykłym ludziom coraz rzadziej przyznaję się, że mam taką przeszłość. Znudziły mnie te rozmowy o „Jehowych” i nie chcę być przez taki pryzmat postrzegany.

Nawet na poziomie języka i semantyki wykorzeniłem dawne nadane mi znaczenia.„Żyć w prawdzie” – to już od dawna nie znaczy dla mnie być Świadkiem Jehowy.

Nie czuję się już nieswojo. Nie mam uczulenia na Świadków Jehowy. Ale potrafiłem pozamykać niektóre znajomości i dawne przyjaźnie. Nie robiło mi to dobrze. Niemniej jestem wdzięczny tym, którzy dalej się do mnie odzywają i z którymi można choć chwilę pogadać i powspominać dawne czasy.

Połowa rodziny i dawnych przyjaciół stosuje wobec mnie totalny ostracyzm od lat. Nie udaję przed sobą, że mnie to nie boli. Ale biorę ten ból, nazywam go i żyję dalej.

Nie żyję według ich zasad, nie próbuję spełniać ich oczekiwań.

Po prostu jestem sobą.

Już nie rozpamiętuję, że straciłem czas, że mogłem to czy tamto. Staram się żyć tak, jak umiem najlepiej.

7. Prawdziwe wyjście – akceptacja i spokój

Przestałem walczyć z przeszłością. Zamiast wypierać strachy i rany, po prostu je zaakceptowałem.

Zrozumiałem, że one są częścią mnie, ale mnie nie definiują.

Widzę pewne mechanizmy w sobie. Akceptuję, że w dużym wymiarze zostałem ukształtowany przez Świadków. Potrafię cofnąć się myślą do atmosfery dawnych lat i docenić to, ile dobrych ludzi było wokół mnie. Prawdę mówiąc, już nigdy później nie byłem w tak wspierającej się społeczności.

Pozostał mi idealizm. Pewnego rodzaju naiwność i nadzieja, gdy wchodzę w relację z innymi czy z grupą. Ale lubię to w sobie. Nie chcę tego tracić, nawet jeśli czasem wpędzi mnie to w kłopot.

Nauczyłem się stawiać granice innym. Doświadczenia z przeszłości uczyniły mnie wrażliwym na wiele rodzajów manipulacji. Jest to czasem problem dla mnie, ponieważ zdarza mi się być podejrzliwym w sytuacji, gdy nie jest to potrzebne.

Nie mam już żalu do rodziców. Kocham ich. Wiem, że robili dla mnie to, co uważali za najlepsze.

A ja robię teraz to, co najlepsze dla mnie i mojej rodziny.

Nie próbuję na siłę udowadniać wszystkim, że mam rację. Samo słowo „racja” straciło dla mnie dawne znaczenie.

Chcesz mieć rację czy relację?

Mam też w sobie dumę, że wyszedłem z tego ruchu na własnych warunkach, ułożyłem sobie życie i nie zwariowałem.


O blogu Świadeks

Świadeks to blog o doświadczeniu życia wśród Świadków Jehowy i poza nimi, a także o psychologii, filozofii, religii, sektach i mechanizmach wpływu.

Piszę z perspektywy człowieka, który urodził się w rodzinie Świadków Jehowy, później z Organizacji odszedł i przez kolejne lata próbował zrozumieć zarówno sam ruch, jak i to, co pozostaje w człowieku po odejściu.

O mnie – kim jestem i dlaczego powstał Świadeks


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz