Przekleństwo urodzenia się Świadkiem Jehowy 

Być może przekleństwem jest w ogóle fakt zaistnienia na tym padole. Przecież każdy może napisać tekst o swoim osobistym przekleństwie. Ja piszę o swoim.

 Nie mam zamiaru się nad sobą użalać. Celem tej pisaniny jest raczej pokazanie, jak funkcjonuje psychika prawdziwego Świadka Jehowy i jak nauki tej religii oddziałują na człowieka jeszcze długo po jego odejściu.

Nie wiem, jak potoczyłyby się moje losy, gdybym nie urodził się w rodzinie gorliwych Świadków Jehowy. Z pozycji, w której jestem teraz, skłaniam się ku ocenie, że miałbym szansę osiągnąć dużo więcej. Ale może być również tak, że fakt bycia Świadkiem wykorzystuję do usprawiedliwiania przed samym sobą pewnych porażek. Nie wyszło mi, bo byłem Świadkiem Jehowy. I już. Mojej winy w tym nie ma… Taki osobisty resentyment.

Wiem jedno. Mój mózg został mocno wyprany pod wpływem dziwnej ideologii. Kiedy byłem młodym chłopakiem, wyrobiono we mnie przekonanie, że jestem w czepku urodzony. Byłem jednym z niewielu ludzi znających prawdę o świecie – miałem farta urodzić się w religii prawdziwej.

Wmówiono mi, że żyjemy w złym, okropnym, starym systemie rzeczy, będącym jedynie imitacją prawdziwego życia. Prawdziwego szczęścia zaznamy już niedługo, gdy Bóg w nagrodę za naszą służbę pozwoli nam przeżyć Armagedon.

Po nim będziemy zaznawać pełni szczęścia i błogości w raju na ziemi, gdzie nie będzie śmierci, bólu ani strachu. Gdzie wszyscy i wszystko będzie perfekcyjne – dokładnie takie, jakie powinno być.

My zaś, bracia i siostry w zborach Świadków Jehowy, wyczekujemy tego wspaniałego dnia, w którym Bóg wywrze pomstę na narodach, a nam da w nagrodę życie wieczne.

Logiczną konsekwencją takiej nauki jest pogląd – zresztą wyrażany wprost w publikacjach Towarzystwa – że obecny świat powinniśmy mieć w głębokiej nienawiści. Nie możemy być jego częścią. Musimy się od niego odseparować, widzieć go w całej jego obrzydliwości i wyczekiwać jego końca.

W mojej rodzinie, oglądając wiadomości czy nawet amerykańskie filmy codziennie upewnialiśmy się, jak zły i podły jest obecny system rzeczy oraz jakie szczęście mamy my, Świadkowie. Nasze serca rozgrzewała realna nadzieja na zupełnie inny świat – doskonały i perfekcyjny.

Strażnicowa propaganda świetnie gra na nucie próżności obecnej w każdym z nas:

Przecież widzisz, że z tym światem jest coś nie tak. Czujesz w sercu, że zostałeś stworzony do czegoś innego. Bóg wszczepił w nas pragnienie życia wiecznego. Wszyscy chcemy przecież żyć. I to jest możliwe. Będziesz żył wiecznie. Poznasz swojego pradziadka, a nawet Mojżesza i Noego. Wszystkie twoje troski i zmartwienia przeminą – gwarantuje to nasz dobry Bóg Jehowa.

I wierzysz w te słowa. Wierzysz, bo dobrze brzmią w twojej duszy. Wierzysz, bo widzisz, że wokół ciebie nie jest zbyt ciekawie. Łykasz to bez zastanowienia, ponieważ nie znasz innej rzeczywistości. Codziennie jest ci to wkładane do głowy.

Wierzysz również dlatego, że stawia cię to w pozycji wybrańca i szczęśliwca. Każdy z nas chce być farciarzem. Każdy chce być kimś wyjątkowym.

Ja też uwierzyłem, że jestem wybrańcem. Że chwyciłem Boga za nogi. Ta uprzywilejowana pozycja podpompowała moje ego do całkiem sporych rozmiarów.

Ewangelista Mateusz pisał:

Wchodźcie przez ciasną bramę! Bo szeroka jest brama i przestronna ta droga, która prowadzi do zguby, a wielu jest takich, którzy przez nią wchodzą. Jakże ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia, a mało jest takich, którzy ją znajdują!

Byłem jednym z nielicznych, którzy mieli zaszczyt wchodzić przez wąską bramę. Daje to Świadkom Jehowy poczucie bycia "buntownikiem" na przekór systemowi.

Mimo że jako społeczność jesteśmy nudni i grzeczni, jest w nas coś z „ludzi ponad prawem”. W świadkowym rozumowaniu tkwi pogarda dla ludzkich rządów, kultury, prawa, wojska i sądów.

My jesteśmy ponad tym. Niech takimi przyziemnymi sprawami martwią się ci głupi „światowi”, którym nie jest dane poznać prawdy od Jehowy. My jesteśmy „oświeceni”. Unosimy się wysoko ponad całą resztą.

Głosimy wam, ale wy najczęściej nas nie słuchacie. My jednak, głęboko w swoich umysłach, wiemy, kto ma rację i kto będzie się śmiał ostatni.

To my przeżyjemy Armagedon i będziemy żyć w raju na ziemi.



Jak pokochać świat, którego uczono nienawidzić

Obecny system rzeczy zawsze był kurwa zły. Wszystko, co ze świata – złe. Wszystko, co od Boga i Świadków – dobre.

Braciom, Biblii i Towarzystwu Strażnica można każdą pomyłkę wytłumaczyć albo przemilczeć. Natomiast Kościołowi, rządowi i światusom – nigdy! Nigdy!

To przecież jest ten pojebany, szatański system. Tam wszystko jest wybrakowane. To nadaje się tylko do rozkurwienia na kawałki. Nie ma już czego ratować ani modernizować. Bóg to wszystko usunie i zaprowadzi nowy ład oraz nowy porządek.

I tak, drogi czytelniku, człowiek urodzony jako Świadek Jehowy, który odchodzi od tej religii i orientuje się – co wcale nie jest łatwe – że przez całe życie wmawiano mu banialuki, musi teraz nauczyć się żyć w tym skurwiałym świecie.

Musi się w nim urządzić. Musi pokochać rzeczywistość, której przez całe życie uczony był nienawidzić.

Musi nauczyć się ufać światusom i przyjaźnić się z nimi, mimo że wmawiano mu, iż są to podli i zdradliwi ludzie. Musi nauczyć się szanować pieniądze i zarabiać na życie swojej rodziny. Doceniać drobne przyjemności, których wcześniej nie zauważał. Rozpocząć walkę o byt.

Szczególnie trudne staje się to wtedy, gdy pojmie, jak ważny jest w życiu status, którego on zazwyczaj nie ma. Zawsze był przekonany o swojej wyższości, a teraz musi się zmierzyć z własną fajtłapowatością.

Z tym, że nie ma wysoko postawionych kumpli. Że jest cichy i zakompleksiony. Że przebimbał młodość, chodząc od domu do domu. Że jest kompletnie nieprzystosowany do życia.

Nawet porządnie tańczyć się nie nauczył, bo przecież nie chodził na takie imprezy, a jego rodzice nie uważali umiejętności tańczenia za szczególnie przydatną w tym walącym się systemie rzeczy.

Od urodzenia przez 23 lata nieustannie przechodziłem świadkowskie pranie mózgu. Od wielu lat jestem poza Organizacją, ale echa tamtych dziwnych czasów ciągle brzmią w mojej duszy.

Właśnie dlatego do tej pory noszę w sobie pewien uciążliwy dysonans: jestem niezadowolony. Mam wobec bytu cholernie wysokie wymagania. Ciągle mi mało.

Myślę, że jest to ukryty w psychice spadek po głębokiej wierze w to, że ten świat jest w swojej istocie wadliwy i że nie można w nim znaleźć szczęścia. Nie warto więc nawet go szukać.

Mimo że nie wierzę już w Boga, te wygórowane wymagania wobec rzeczywistości ciągle dają o sobie znać. Jestem zagubiony i poszukuję nie wiadomo czego.

Szczęście jest dla mnie nieosiągalne – bo cóż może mi teraz wynagrodzić utratę nadziei na życie wieczne w ogrodzie szczęśliwości?

Być może łatwiej jest, gdy wchodzi się w świat bez tych bezpodstawnych nadziei i oczekiwań. Być może wtedy bardziej docenia się jego małe radości.

Pustka i poczucie braku czają się w duszy byłego Świadka. Niestety, czasem wypływają na powierzchnię.

Wmówiono mi, że świat jest piękny, ale gdy zacząłem badać go samodzielnie, natychmiast dostałem kopa z półobrotu od zimnej i obojętnej wobec mnie rzeczywistości.

Boga Jehowy, mojego przyjaciela, po prostu nie ma – i muszę radzić sobie sam.

Teraz mały apel: kochani rodzice, mocno się zastanówcie, zanim wmówicie swojemu dziecku, że na sto procent już niedługo nasz suweren, Bóg, rozwiąże wszystkie problemy świata i będzie pięknie.

Dziecko uwierzy w to całym sercem. Kiedy jednak dorośnie, może się śmiertelnie rozczarować, a na rozczarowaniu światem trudno zbudować piękne życie.

Może więc lepiej mówić dzieciom prawdę? Że nie wiemy, jak jest i co będzie?

Osobiście wolałbym być od początku świadomy, że ten cały raj to nic pewnego. Pretensji do swoich rodziców jednak nie mogę i nie chcę mieć. Wychowali mnie najlepiej, jak potrafili.

Teraz pozostaje mi refleksja nad naturą świata oraz zadowolenie z tego, że w jakimś stopniu jestem wolny i daję radę brać na klatę rzeczywistość.

Poniższe dwa zdania są esencją lekcji, której udzieliło mi dotychczasowe życie:

Gdy za naczelny cel życia obierzesz szczęście, zawsze ucierpi na tym coś, co nazywamy prawdą – o sobie, o świecie i o innych ludziach. Szczęście bez wątpienia bywa ułudą, którą czasem można się zachłysnąć i na moment w nią uwierzyć. Wtedy przez chwilę czujemy się szczęśliwi.
Gdy z kolei za naczelną wartość życia obierzesz prawdę, prawdopodobnie ucierpi na tym twoje szczęście.

Tak przynajmniej wyglądało to w moim przypadku. Nie znaczy to jednak, że jestem niezadowolony ze swoich wyborów.

Odejście od Świadków Jehowy jest jednym z największych osiągnięć mojego życia. Chętnie wpisywałbym je sobie do CV, gdyby nie wyglądało to tak głupio.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz